W Winkulii poranek zaczyna się nocą,
a zegary dla żartu chodzą pod kocem,
urzędnik pieczęcią herbatę podpija,
a sens dawno temu w korytarzu się zgubił i mija.
Na tronie syn siedzi, w koronie z waty,
i mierzy powagę na trzy różne raty,
gdy tłum coś woła - on milczy wytrwale,
bo myślami krąży przy wyższej już skali.
Bo zamiast wysłuchać, co niesie ulica,
on mapy przegląda - gdzie większa stolica,
gdzie fotel wygodny, gdzie szyld bardziej złoty,
bo to są, rzecz jasna, najpilniejsze kłopoty.
Ostatnio ogłosił (choć nikt nie wie komu),
że gotów jest służyć i tu, i gdzieś w domu,
więc ćwiczy przemowy… do krzesła i stoła,
a echo przytakuje — bo zna te słowa.
A w cieniu, jak zwykle, Król Maup urzęduje -
nie rządzi, nie służy… on zwyczajnie żeruje,
gdzie spojrzy, tam znika kawałek przestrzeni,
bo wszystko, co dotknie, na „swoje” przemieni.
„Nie ma tu problemów!” - ryczy donośnie,
gdy grunt się zapada wyjątkowo głośnie,
„To sukces i rozwój!” - ogłasza z powagą,
gdy kolejny urząd odpływa z odwagą.
Dywan już puchnie od spraw zamiecionych,
od win, od przekrętów, od słów przekręconych,
lecz Maup go ugniata z chytrym uśmiechem:
„Porządek jest ważny - zajmijmy się echem.”
Prawo u niego to giętka zasłona,
raz jest, raz go nie ma - jak wygodnie dla tronu,
a gdy ktoś zaprotestuje, podniesie swe zdanie -
Maup rzuci obelgą… i nazwie to planem.
Mosty się składają w formie origami,
budżet ma skrzydła i znika nad nami,
a Winkulia tonie w tym cyrku bez końca,
gdzie śmiech brzmi jak rozpacz, a cisza jak kpina.
I tylko ktoś mruczy, stojąc przy bramie:
„Czy to jest państwo, czy wielkie zadanie?”
Lecz odpowiedź niesie wiatr, drwiący i chłodny:
„Tu absurd jest prawem - a chaos wygodny.”
